Devstyle speakers – narodziny bogów sceny IT

Często bywa tak, że do podjęcia jakiegoś nowego działania potrzebny jest nam impuls… czynnik, który przeważy szalę naszej mentalnej niepewności i sprawi, że finalnie powiemy „zrobię to”. W 2016 roku takim impulsem był dla mnie konkurs „Daj się poznać”, który ostatecznie zmotywował mnie to założenia tego bloga i dzielenia się swoją wiedzą z innymi ludźmi. Początki nie były takie jak sobie wyobrażałem. Towarzyszył mi ciągły strach i obawa przed napisaniem czegoś nazbyt trywialnego, mało ciekawego czy najzwyczajniej w świecie błędnego. Nie skłamałbym pisząc iż konkurs Maćka Aniserowicza był jedynym czynnikiem, który początkowo napędzał mnie do publikacji nowych treści. Gdyby nie DŚP najprawdopodobniej zamknąłbym blog po kilku tygodniach i zapadał się po ziemię… gdzieś z dala od niepochlebnych ocen innych ludzi, hejtu i stwierdzeń „ja bym to zrobił lepiej”.

Pamiętam dokładnie moment, w którym moja pierwotna optyka się zmieniła, a ja poczułem, że swoim blogiem mogę trafiać od innych dając in przy okazji jakąś wartość, wiedzę. Był to dzień po opublikowaniu wpisu „Transakcje oraz poziomy izolacji w Entity Framework i SQL Server” pod którym otrzymałem bardzo pozytywne komentarze, a sam wpis trafił na Microsoft Developer. To był moment, w którym tak na prawdę zrozumiałem ideę konkursu i to o czym na początku pisał Maciek tj. „Wszyscy którzy przystąpili do konkursu już są zwycięzcami”. Jakby to sam Procent powiedział, trochę „Kołcz Majk”, ale nie można odmówić tym słowom prawdy. Moment założenia bloga był momentem, w którym znacząco popchnąłem moją karierę do przodu, a ja wygrałem z samym sobą i zacząłem śmielej podejmować kolejne kroki rozwoju jako programista. Zmierzyłem się z nagraniem kursu online, nagrywaniem podcastu, prowadzeniem meetupu programistycznego, regularnym uczęszczaniem na konferencje i w końcu…z wystąpieniami publicznymi.

Problemy z wystąpieniami publicznymi są w zasadzie trzy. Po pierwsze warsztat jaki należy opanować jest nieporównywalnie większy do tego co należy umieć, aby mieć dobrze czytającego się bloga. Mowa tu o poprawnej wymowie (tempie, dykcji, ekspresji, głośności), charyzmie, postawie, gestykulacji, narracji i wielu innych. Co z tego, że posiadasz wiedzę skoro kompletnie nie posiadasz umiejętności do jej przekazania? Jeżeli kiedykolwiek zdarzyło Ci się usnąć na wykładzie akademickim to wiesz dokładnie o co chodzi. Smutna prawda jest taka, że lepiej zapamiętujemy osobę, która profesjonalniej prezentowała się na scenie, niż tą która przekazała więcej wiedzy.

Problem drugi to natychmiastowa konfrontacja z odbiorcą. W przypadku komentarzy na blogu, osoba która reaguje na Twój tekst np. pytaniem, raczej nie oczekuje natychmiastowej odpowiedzi. Masz czas na zebranie myśli, ewentualne sprawdzenie wiedzy przed odpisaniem, aby nie wyjść na głupka. Cały hejt czy nic nie wnoszące do dyskusji komentarze możesz usunąć bez obaw. Sprawa ma się inaczej w przypadku wystąpienia publicznego. W czasie jego trwania musisz być gotowy na pojawienie się różnych (zazwyczaj werbalnych) reakcji ze strony audytorium. Mogą to być dziwne miny, uwagi, komentarze, pytania z zakresu prezentacji. Oczywiści nie oznacza to, że każdy przychodzi Cię słuchać z bojowym nastawieniem! Wręcz przeciwnie! Nie zmienia to jednak faktu, że na każde z powyższych musisz mieć gotową strategię, aby nie dać się wybić z rytmu i w możliwie najlepszym stylu zaspokoić merytorycznie odbiorców. Osobiście, była to dla mnie największa bolączka przed pierwszym wystąpieniem. Bałem się najzwyczajniej reakcji ludzi na to co mam im do powiedzenia.

Problem trzeci, który jest niejako implikacją dwóch poprzednich punktów to fakt, że osoby bez zaplecza na scenie bardzo rzadko decydują się na spróbowanie swoich sił w tym rzemiośle, ponieważ najzwyczajniej nie czują, że mają coś ciekawego do powiedzenia, i że zostanie to dobrze odebrane przez słuchaczy. Próg wejścia jest niebagatelnie większy niż w przypadku słowa pisanego. Wpis na blogu można po prostu przestać czytać i w milczeniu go opuścić nie pozostawiając autorowi oznak rozczarowania. W przypadku wystąpienia publicznego…no cóż, nie jest tak różowo. To w mojej ocenie to sprawia, iż mimo pojawiania się kolejnych konferencji programistycznych na naszym rodzimym rynku IT, patrząc w agendy ciągle dostrzegamy te same nazwiska prelegentów.

Brakowało impulsu, który w jakiś sposób zmotywowałby nowe osoby do spróbowania swoich sił na mównicy. I wtedy ponownie pojawił się Maciek Aniserowicz… cały na biało.

 

Idea Devstyle speakers

Projekt „Devstyle speakers” pierwotnie ukazał się w 2017 roku, a kilka dni temu odbyła się jego druga odsłona. Ideę w telegraficznym skrócie można przedstawić jako odpowiednik „Daj się poznać”, ale skierowany do początkujących prelegentów. Sama formuła (z racji odmienności tych dwóch profesji) znacząco odbiegała od DŚP, ponieważ nie był to typowy konkurs, a warsztaty/szkolenia połączone z praktyką. Nie zmienia to jednak faktu, że myśl w moim odczuciu była jedna i ta sama – „spróbuj i zobacz, że warto”.

Tegoroczna edycja obyła się w siedzibie firmy dla, której od 3 lat pracuję tj. firmy Connectis_. Miejsce, w którym niegdyś pracowałem osobiście, a w którym aktualnie współorganizuję meetup C_tech świetnie sprawdziło się jako lokacja na wydarzenie. Miejsce ma swój klimat, który udzielał się wielu uczestnikom. Duże ukłony należą się wszystkim osobom odpowiedzialnym za jego organizację, ponieważ od początku do końca przebieg kolejnych działań był jasny i zrozumiały. Mimo drobnych „poślizgów” czasowych, nie miałem żadnych uwag stricte organizacyjnych.

Program DS podzielony został na dwa dni:

  1. Sobota (24.11.2018)
    1. Warsztat Maćka Aniserowicza– „od A do Z” przygotowania i mówienia swojej prezentacji.
    2. Warsztat Moniki Malinowskiej – skupiał się bardziej na samym zagadnieniu techniki mówienia.
    3. Lightning talks uczestników #1 – dowolny temat. Limit to zaledwie 7min.
    4. Impreza integracyjna – chyba nie wymaga dalszych wyjaśnień 😀
  2. Niedziela(25.11.2018)
    1. Lightning talks uczestników #2

 

Zestawiając powyższą agendę z bądź co bądź przydługim wstępem, trudno nie odnieść wrażenia, że niemal dokładnie adresowała ona wszystkie trzy wymienione problemy z wystąpieniami publicznymi. Rzemiosło mowy – warsztaty Pani Moniki. Technika prezentacji i odpowiednie przygotowanie na różne sytuacje – warsztaty Maćka. I wreszcie najistotniejsze… praktyka przed innymi ludźmi w postaci lightning talks. Brzmi jak przepis na sukces, nieprawdaż?

 

Warsztaty

Wszystkie zdęcia zostały zrobione przez Nikolę Król. Kawał dobrej roboty!

Sobota rano rozpoczęła się od rejestracji wszystkich uczestników, którzy jak się później okazało, niejednokrotnie przyjeżdżali z krańców Polski, aby tylko wziąć udział w wydarzeniu. Rekordzistą był jednak zdecydowanie Bartek Smykla, który zawitał aż z Londynu(sic!). Byłem pod sporym wrażeniem determinacji ludzi, którzy poświęcili swój wolny czas i do tego stopnia „oddali go” Maćkowi. Co więcej, kilku uczestników brało udział w pierwszej edycji DS i już na wstępie relacjonowali to wydarzenie jako jedyne w swoim rodzaju. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że zapowiadał się niezapomniany weekend. Po rejestracji i wypiciu pierwszej kawy przyszedł czas na rozpoczęcie show. Maciek wspólnie z Panią Moniką i Olą (współorganizatorką po stronie Connectis_) powitali nas i przedstawili plan, z którym zdążyłem Cię już zapoznać.

Następnie uczestnicy zostali podzieleni na dwie podgrupy po ok. 25 osób. Pierwsza grupa zaczęła od prezentacji Maćka, druga poszła z Panią Moniką. Później nastąpiła oczywiście zamiana 😉

Prezentacja Maćka to było coś czego zabrakło mi 2 lata temu kiedy rozpocząłem występować publicznie. Była swoistym kompendium wiedzy zawierającym kolejno, logicznie poukładane kroki, które miały pokazać jak myśl przekuć w udane wystąpienie. Prowadzący pokazał jak dobrze przygotować plan prezentacji, jak budować „flow” wypowiedzi, jak stworzyć slajdy, jak i kiedy ćwiczyć i wreszcie co robić, a czego nie robić gdy już znajdziemy się na scenie. Nie ukrywam, że część trików/spostrzeżeń była mi mniej lub bardziej znana z racji „jakiegoś” doświadczenia scenicznego, ale na pewno nie można powiedzieć, że Maciek mówił o banałach, które łatwo samemu wywnioskować. Gdyby tak było, większość wystąpień na konferencjach byłaby hitami, co zdarza się niezmiernie rzadko. To co moim zdaniem było swoistym „creme de la creme” to odnoszeni się Maćka do swojego 10 letniego doświadczenia z zakresu wystąpień publicznych i prowadzenia szkoleń. Bardzo ciekawe i niejednokrotnie zabawne anegdoty znacząco wzbogacały cały przekaz i trafnie odnosiły się do omawianych zagadnień. Ja osobiście dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, a na wiele innych spojrzałem z innej strony. Mimo zarzekania się, że czuje się nadal jako początkujący, widać że Procent rozdaje karty na scenie IT 😉 Ten warsztat tylko potwierdził dlaczego. Dla mnie idealny początek eventu.

Początek drugich warsztatów dosłownie zwalił mnie z nóg. Kiedy wszyscy zebrali się w sali, Pani Monika pewnie spojrzała na nas po czym bez żadnego wstępu wspaniale i doniośle odczytała cytat z Alicji w krainie czarów:

„When I use a word,” Humpty Dumpty said, in rather a scornful tone, “it means just what I choose it to mean—neither more nor less.” “The question is,” said Alice, “whether you can make words mean so many different things.” “The question is,” said Humpty Dumpty, “which is to be master—that’s all.”

Jest to zarazem idealny wstęp jak i idealna puenta zajęć, które właśnie miały się rozpocząć. Po krótkiej analizie tego fragmentu i wyjaśnieniu nam jaką myśl przemycał, przeszliśmy do warsztatów praktycznych z mówienia. Można by rzec, że jest to istny banał. Wszak każdy z nas doskonale posługuje się mową ojczystą na codzień. Okazało się jednak, że ćwiczenia przygotowane przez Panią Monikę wcale nie były tak łatwe jak mogłoby się zdawać. Przeszliśmy przez kolejne etapy procesu mówienia. Począwszy od poprawnej postawy, oddechu, kończąc na samej mowie. Ćwiczyliśmy tempo wypowiedzi, sposób narracji, głośność głosu, zmianę kontekstu wypowiedzi poprzez akcentowanie i wiele innych aspektów. Oczywistym było, że w około 2 godziny nie da się nauczyć tak trudnej sztuki jakim jest poprawne mówienie, ale spotkanie było osobiście dla mnie bardzo ciekawe i zarazem inspirujące. Widać było olbrzymią wiedzę oraz kunszt rzemiosła. Obłęd.

 

Lightning talks

Druga połowa soboty i cała niedziela stały pod znakiem lightning talks, czyli krótkich, 7 minutowych prezentacji przygotowanych przez uczestników. Zasady były proste: nie można wykroczyć poza limit czasowy, temat prezentacji mógł być dowolny w kontekście branży IT, nie można było robić live coding, a każdy słuchacz miał notować na kartce uwagi, które to zbierane były potem przez Nikolę (autorkę zdjęć) i przekazywane prezentującemu. Dzięki temu, każdy miał szansę wypróbować nowo zdobytą wiedzę i otrzymać rzecz najcenniejszą dla każdego prelegenta – feedback. I to namacalny!  Napiszę otwarcie… przed sesjami LT nie spodziewałem się fajerwerków, ponieważ w głowie miałem swoje pierwsze wystąpienie, które lekko mówiąc było beznadziejne. Potrzebowałem dosłownie kilku prezentacji, abym poczuł się z tego powodu bardzo głupio i zrozumiał, że poziom będzie o wiele wyższy. Obserwując kolejne osoby na scenie byłem dosłownie zdumiony z jaką łatwością i charyzmą wygłaszały kolejne słowa. Wszystko tam działało jak dobrze naoliwiona maszyna: tempo, narracja, ekspresja, gestykulacja, humor, a to wszystko niejednokrotnie zwieńczone było świetnymi slajdami. Moim zdaniem część osób, która pojawiła się na DS już teraz jest ode mnie dużo lepsza, a części nigdy nie uda mi się dogonić. Aż dziw, że wcześniej nie myśleli o zgłoszeniu się na konferencję czy nawet meetup, aby spróbować swoich sił. Jak się później okazało, niektórzy przed swoimi sesjami byli święcie przekonani, że są kiepscy i najzwyczajniej polegną. Szok.

Z racji tego, że sesji było około 50 naturalnie nie zrelacjonuje każdej z nich. Chciałbym jednak skrótowo wyróżnić tutaj 3, które dość mocno zapadły mi w pamięci.

Alicja Kubera „Kod w kosmosie” – ta prezentacja była dla mnie wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze temat był bardzo ciekawy, ponieważ traktował o moim (poza programowaniem) wielkim hobby jakim jest kosmos i wszystko co z nim związanym. Alicja w bardzo  fajny sposób opisała jak wraz ze znajomymi sprawiła, że… wkrótce wystrzelą satelitę na orbitę ziemską i to z udziałem NASA. Po drugie bez wątpienia była to najładniejsza prezentacja jaką kiedykolwiek widziałem. Wszystkie slajdy wykonane zostały przez autorkę odręcznie, a dodatkowo wzbogacone zostały o świetne animacje. Jeżeli to czytasz Alicjo to proszę Cię bardzo o wrzucenie linka w komentarzu!

Rafał Hryniewski „Internet is made of cats, porn and stuff you shouldn’t put there” – Rafał jest dobrym przykładem osoby, która w relatywnie krótkim czasie znacząco poprawiła swój warsztat prelegenta. Widać, że godziny spędzone zarówno na scenie jak i podczas prowadzenia dwóch meetupów w Białymstoku nie poszły na marne. Wystąpienie Rafała było wyjątkowe znów z dwóch powodów. Po pierwsze wszystkie slajdy były niczym innym jak memami ze śmiesznymi kotkami itp. Trzeba mieć talent, aby przez ok 6 minut stale podtrzymywać uradowanie i śmiechy na sali, nie wychodząc przy tym na głupka. Drugim powodem było to w jaki sposób Rafał prowadził narrację. Po około 6 minutach śmiechu pokazał jeden slajd…i cała sala automatycznie ucichła, a natychmiast zaczął być odczuwalny ponury klimat. Ostatnia minuta jego wystąpienia spowodowała, że zamiast wyjść z dobrym humorem, wyszedłem pełen refleksji. Wielki szacunek.

Weronika Ślusarczyk „Jak pogrywa z Tobą gra”– ta prezentacja była przykładem tego o czym pisałem na początku tej części tekstu. Weronika wydawała się bardzo zdenerwowana swoim nadchodzącym wystąpieniem i nie wyglądała na osobę pewną siebie. Gdy tylko wyszła na scenę miałem wrażenie, że podstawili jej sobowtóra, który robił istne show. Prezentacja była świetna, a traktowała o zabiegu stosowanym przez twórców gier, którzy sztucznie kreują poczucie u graczy wygrania rundy/zdobycia killa „o włos” czyli słynne 1HP LEFT 😉 Wszystko było na bardzo wysokim poziomie, a ja wyszedłem z tej prezentacji zdruzgotany, dowiedziawszy się o prawdzie porównywalnej z tym, że Mikołaj nie istnieje. Ups. Wybacz 😉

Ja również miałem przyjemność wystąpienia przed tym zacnym gronem. I muszę przyznać uczciwie, że przygotowanie tematu jak i prezentacji na zaledwie 7 minut było zdecydowanie najtrudniejszym zadaniem z jakim przyszło mi się zmierzyć podczas moich wystąpień. Pomysł wpadł mi do głowy dosłownie w ostatniej chwili, wracając w sobotę z imprezy integracyjnej. Postanowiłem, że zamiast opowiadać o czymś technicznym, postaram się pozostawić uczestników z pewną smutną refleksją. Temat mojej prezentacji brzmiał „Programowanie jest jak trening…”, a opowiadała ona o tym jak po zaledwie 4 latach kariery jako programista, niemalże uświadczyłem wypalenia zawodowego. Aby lepiej oddać proces, który do tego doprowadził przyrównałem rozwój programisty do rozwoju osoby, która wykonuje trening siłowy. Opowiadanie o moim tak osobistym przeżyciu nie było łatwe, a w dodatku obawiałem się czy ludzie zrozumieją o co mi w ogóle chodzi. Dodatkowo podczas ćwiczeń notorycznie przekraczałem czas prezentacji o równo 1 minutę. Ostatecznie wyrobiłem się „na styk” zwiększając znacząco tempo wypowiedzi. Uznałem jednak, że lepiej mówić ciut za szybko niż kompletnie pominąć puentę. Suma sumarum swoje wystąpienie oceniłbym pozytywnie i co bardzo mnie zaskoczyło, wiele osób po prezentacji jak i na oddanych kartkach stwierdziło, że moje słowa w jakiś sposób wzbudziły w nich przemyślenia. Moja misja została zatem ukończona.

Podsumowanie

Czy było warto? Zdecydowanie tak! Czy wziąłbym udział w kolejnych edycjach? Oczywiście! Mogę z całym przekonaniem napisać, że Devstyle speakers to było coś więcej niż tylko merytoryczny wsad w postaci świetnych warsztatów. To było coś więcej niż tylko dobrze spędzony czas przy ciekawych i inspirujących wystąpieniach. Ten event to przede wszystkim świetni ludzie, którzy w niesamowicie krótkim czasie stworzyli zdrowe i niezapomniane community. Ludzie, którzy poświęcili własny czas i postawili na szalę własne słabości, aby udowodnić sobie i nam wszystkim, że potrafią. I za to należy im się wielki szacunek. Patrzę na zdjęcie całej grupy i wiem, że jest to ostatnie zdjęcie „bandy początkujących prelegentów”. O wielu z nich jeszcze usłyszymy, a jestem przekonany, że wśród nich znajdują się przyszli „Bogowie sceny IT”. Bój się Procent 😉

Dariusz „Kołcz Majk” Pawlukiewicz