„Tam i z powrotem…” czyli wracam do blogowania po polsku

Od pewnego czasu czułem, że z moim blogiem jest coś nie tak, choć na pozór wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku. Przemawiały za tym chociażby suche statystyki, które jasno pokazywały, że jest lepiej niż kiedykolwiek. Liczba unikalnych użytkowników zbliżała się do 15 000 miesięcznie, średni czas przebywania na stronie także znacząco się wydłużył itd. Pierwsza diagnoza, choć poprawna, później okazała się niekompletna – narzuciłem sobie zbyt sztywne zasady odnośnie mojego blogowania. Tematyka ściśle powiązana z .NET, mało miękkich tematów (bo to przecież hańba), tworzenie serii (których i tak w większości nie kończyłem). Postanowiłem z tym skończyć, a w ramach zawarcia „kontraktu z samym sobą” napisałem wpis, do którego mógłbym wracać w przyszłości. Poczułem ulgę. Byłem pewien, że burzliwy etap się kończy, a ja wracam na właściwy tor. Alleluja…

Na początku miesiąca zostałem wysłany w podróż służbową do miasta Allborg w Danii. Dzień przed wylotem, na Twitterze mignęła mi recenzja książki Michała Szafrańskiego pt. „Zaufanie czyli waluta przyszłości”. Słyszałem o niej wiele dobrych opinii, a ponadto czytałem pierwszą książkę Michała i bardzo podobał mi się jego styl pisania. Uznałem zatem, że będzie to doskonała lektura do poczytania na lotnisku i w hotelu, szczególnie, że opisywała ona proces budowania czegoś, z czym ja miałem ponad dwuletnie doświadczenie – bloga. Książkę więc potraktowałem jako możliwość podpatrzenia kliku trików bądź wskazówek dotyczących marketingu, budowania audytorium itd. bardziej niż poradnik „How to…” od kompletnego zera. Nie myśląc zbyt długo udałem się do najbliższego Empika i dokonałem zakupu. Kilkanaście godzin później, siedząc pod bramką na lotnisku Chopina w Warszawie rozpocząłem czytanie i… no właśnie.

Spokojnie, nie zamierzam zamieszczać w tym wpisie mojej recenzji, ponieważ po pierwsze nie przeczytałem ZCWP do końca, a po drugie nie mam doświadczenia w pisaniu tego typu publikacji. Jednakże napiszę jedno – książka już po ok. 100-150 stronach bardzo mocno zmusiła mnie do refleksji nad tym w jaki sposób prowadzę blog, czy robię to dobrze i czy w ogóle sprawia mi to jeszcze radość. I o ile problemy techniczno-marketingowe nie były dla mnie trudne do zidentyfikowania jak np. kiepskie SEO, brak newslettera, kiepskie promowanie postów w Internecie, o tyle odpowiedź na pytanie „czy to jest to?” nie była już taka prosta. Z jednej strony niedawny kryzys został zarzegnany, a z drugiej strony czułem, że nie jestem zadowolony z bloga w 100%. Zrozumiałem to dopiero, gdy Michał opisał w książce swoje początki i podkreślił, że w tamtym okresie nie oczekiwał żadnych kokosów, a najlepszą zapłatą za wykonanie dobrej roboty było zwykłe „dziękuję”. Ja wiem, że cały ten akapit brzmi jak tandeta pisana przez typowego kołcza z fejsbuka, ale tak właśnie było 😀 Przypomniałem sobie moje początki gdy wystartowałem w konkursie Maćka Aniserowicza w 2016 roku, pierwsze wpisy, pierwsze obawy, pierwsze wrzucenie mojego wpisu przez Microsoft Developer i w końcu pierwsze pozytywne komentarze od innych programistów. To były czasy! A potem? Postanowiłem pisać po angielsku.

Pamiętam, że miałem wiele rozterek co do tego czy jest to dobra decyzja. Z jednej strony, mój blog stawał się coraz bardziej „popularny” (mówię tu o ok. 3-4 tysiącach UU miesięcznie, co do dziś jest wg. mnie wielkim sukcesem), a do tego ja dobrze czułem się moim „stylem” pisania. Z drugiej zaś strony czułem, że pozostając lokalnym autorem marnuję swój potencjał i zamykam wiele ścieżek rozwoju. Pamiętam nawet jak Maciek Aniserowicz wyraził swoje zdanie w tej sprawie. To było mniej więcej:

 

Musisz zdać sobie pytanie czy chcesz być małą rybką w wielkim oceanie, czy dużą rybą w lokalnym stawie

 

Jeśli to przekręciłem to wybacz Procent! W każdym razie, wtedy moja odpowiedź była stanowcza – idę na całego i rozpoczynam globalną ekspansję! Bez planu, ale z pasją! Hura!

I oto jestem. Po dwóch latach publikowania tekstów w języku angielskim wracam na „stare śmieci”. Nie traktuję tego jako osobistą porażkę, a raczej jako kolejne doświadczenie, które pomogło mi zrozumieć, że jednak wolę być rybką w lokalnym stawie – nawet nie dużą 😉 Dotychczas poza dużymi statystykami czułem również ogrom oceanu, do którego się wpakowałem. Dużo mniej komentarzy pisanych przez ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie spotkam nawet na meetupach czy konferencjach. Większość ruchu generowana z USA i Wielkiej Brytanii, gdzie Polska wynosiła raptem 12%. Dwanaście procent! Jeżeli mam wybierać między tym co jest, a tym co było… wybór jest oczywisty.

Noooo to tyle! Chyba jestem rekordzistą, który pisze trzeci pierwszy post na swoim blogu 😀 (tu moje drugie otwarcie po ang). Jeżeli kojarzysz mnie z moich wpisów – super! Liczę, że zostaniesz ze mną dalej! Jeżeli jesteś tu po raz pierwszy to zajrzyj tutaj. Mam nadzieję, że przyszłe jak i obecne publikacje zachęcą Ciebie do zaglądania tu częściej.

W kwestii bardziej organizacyjnej. Z tego względu, że traktuję ten wpis jako swego rodzaju ponowne otwarcie bloga, postanowiłem że wszystkie moje poprzednie artykuły (polskie i angielskie) zostaną ukryte ze strony głównej. Tabula rasa. Nie oznacza to jednak, że zostały usunięte. Możecie je znaleźć w zakładce Legacy lub wpisując odpowiednie frazy w wyszukiwarce. W internecie nic nie ginie 😉

Po drugie, mój powrót na polską scenę planuję od napisania kilku wpisów poświęconych mikroserwisom w .NET Core, ponieważ podczas mini tourne z prezentacją „Distributed .NET Core” pojawiało się sporo pytań, na które wspólnie z Piotrem Gankiewiczem nie mieliśmy czasu odpowiedzieć, a samo tempo pewnie nie jednemu zjeżyło włos na głowie. Ja wiem, że obiecaliśmy publikację kursu o tej tematyce na YT i słowa dotrzymamy. Jednak najprawdopodobniej ukaże się on w języku angielskim i… no właśnie. Jeszcze odnośnie zwrotu „kilku wpisów”, aby uniknąć przedwczesnego wytknięcia mi hipokryzji 😀 Cykl wpisów o mikroserwisach postaram się zorganizować, jako zbiór niezależnych arytkułów, jednakże oscylujących wokół jednej tematyki. Nie chcę znów wpaść w pułapkę pisania dedykowanych serii, ściśle ze sobą powiązanej. Czy się Uda? Zobaczymy.

Zatem, jeśli widziałeś gościa w koszuli i koksa z wielką łapą opowiadających zdecydowanie za szybko o mikroserwisach w .NET Core na jakiejś konferencji, to wiedz, że niedługo pojawi się tu kilka przydatnych wpisów, które mam nadzieję rozwieją wszelkie twe wątpliwości!

Tyle na dziś,
Dariusz „Syn marnotrawny” Pawlukiewicz

You may also like...

  • cytat nie jest procenta a chociazby pochodzi z ksiazki Malcolma Gladwella i z kilku innych.

    a tak to powodzenia

  • Tomek Pycia

    Powodzenia na nowej drodze życia.

  • Rafal

    Właściwa droga! Bardzo cenie osoby tworzące wartościowe treści w rodzimym języku. Dla wielu osób jest to bardziej przystępne i umożliwia lepsze zrozumienie poruszanego tematu. Życzę wytrwałości.